mgr Marta Błażewicz, Psycholog

Specjalista Psychoterapii Uzależnień, certyfikat nr 1722

 

 

 

 

             Kiedy uświadamiamy sobie, że uzależnienie to kompletna destrukcja, wybierana z własnej woli,  dzień po dniu, jakby w zwolnionym tempie – intuicyjnie przeczuwamy, że ta choroba jest bardzo podstępna a samooszukiwanie towarzyszy w całym jej przebiegu.

 

Poniższe rozważania chciałabym skupić na newralgicznym momencie przejścia nadużywania w uzależnienie, badając powody, dla kórych tak trudno dostrzec początki choroby. Pytając, czemu coś tak przewidywalnego jak uzależnienie się, od uzależniającej substancji, wciąż zaskakuje? A dokładniej, jak przyczynia się do tego społeczne pojmowanie nałogu.

 

Może uświadomisz sobie dosadniej wagę tego paradoksu, odpowiadając na poniższe pytania;

 

Czasem czujesz, że łapią Cię objawy przeziębienia, ktoś inny niepokoi się zachowaniem własnego serca czy choćby krostkami na skórze. Im bardziej poważna choroba, tym większe zainteresowanie: ile znasz osób, które samoistnie zauważyły, że „zapadają na uzależnienie”? Przejmujących się wstępnymi objawami czy ryzykiem genetycznym?

 

I wręcz przeciwnie; ilu takich, którzy są jedynymi istotami na świecie, nie dostrzegającymi własnego, pełnoobjawowego, uzależnienia?

 

             Podejrzewam, że pierwszych mniej a drugich więcej, niż podpowiada logika. Składając wnioski; dostrzeżenie początków choroby jest trudne i rzadkie, stosunkowo często zdarza się natomiast nie dostrzeganie jej wcale ( przegapienie spiętrzonego życiowego kryzysu). Można powiedzieć, że uzależnienie od początku bawi się z nami w chowanego, a wielu konsekwentnie ogrywa do końca. Być może pamiętasz jeszcze z dawnych czasów, że jednym ze sposobów na odniesienie sukcesu w tej zabawie, było, przynajmniej przeważnie, nie chować się tam, gdzie na pewno będą cię szukać. Na tej właśnie zasadzie sprzyja rozwojowi uzależnienia funkcjonująca w społeczeństwie etykietka „alkoholika”, śmiało pretendująca do określenia jednostki chorobowej.

 

             W pierwszym skojarzeniu przywodzi ona na myśl osobę bezdomną, w drugim kogoś, kto zaraz wszystko straci. Patrząc przez nią, zauważamy problem dopiero, kiedy nasilą się społeczne konsekwencje i osoba przekracza linię marginesu lub niebezpiecznie na niej balansuje. Ten opis zaczyna się za późno; brak jest społecznej świadomości początków choroby i w efekcie zostają one przesłonięte przez przerysowaną definicję osadzoną na karykaturze jej najpóźniejszego stadium.

Słowo „alkoholik” nie przystaje do rzeczywistości stopniowego rozwoju uzależnienia – jest to raczej etykietka określająca statycznie jakiś typ osoby. Uczymy się jeszcze w dzieciństwie, że to ktoś stale powodujący kłopoty, spotykający się z odrzuceniem, kto źle wygląda, pachnie i żyje na znacznie niższym poziomie niż inni. Namacalnie czujemy różnicę wynikającą z oddzielenia go linią marginesu od reszty ludności. Po naszej stronie; ludzkie problemy mieszczą się w normie, poważamy się nawzajem, sprawiamy na sobie wrażenie. Po jego – to całkiem inna szuflada – ci ludzie nie mają nic z rzeczy, które dla nas są oczywiste, ich problemy są mroczne, tragiczne i brudne, nie liczymy się z nimi, a oni nawet na to nie reagują. Skojarzenie uzależnienia z obrazem osoby, której doświadczam jako fundamentalnie różnej (nawet jeżeli jest to mój ojciec), sprawia, że dokonuję segregacji; szufladkuję siebie osobno a uzależnienie osobno – i to w sporej odległości – zakładając, że fakty z szuflad nie mieszają się. W efekcie; różnicę między piciem moim a nałogowym, postrzegam jako jakościową a nie ilościową i po prostu nie biorę pod uwagę faktu, że ja także mogę się uzależnić. Wypieram ryzyko tej prostej konsekwencji częstotliwości i ilości spożywania substancji psychoaktywnej.

 

Ponadto osoby uzależnione, nieświadomie, ale bardzo sprawnie używają tego wizerunku do umniejszania swojego picia; przecież nie piję codziennie, nie piję do nieprzytomności, nie piję wódki, mam pracę i rodzinę! A kto nie ma, kto tak robi? Oczywiście on; „stereotypowy alkoholik”. Bez względu na zmienne „stereotypowy alkoholik pije więcej!”.

 

                Zamieszanie wzmaga jeszcze fakt, że etykieta ta wartościuje człowieka i definiuje go poprzez chorobę, człowieczeństwo stawiając na jakieś nieistotnej pozycji. To nałóg opisuje tożsamość, budzi rozległe negatywne skojarzenie i chłodno przemyca sugestię społecznego potępienia. Mowa o kimś, kto się uzależnił od alkoholu, można się tylko domyślać co nawyprawiał i ta sprawa ma nadrzędną wagę. Nieważne jak mu na imię, jak wygląda jego życie, jaką rolę pełni w nim picie i jak do niego doszło. Zaakceptowanie takiej tożsamości – nawet kiedy rozum ją podpowiada – jest czymś trudnym i w jakiś sposób uwłaczającym. Szczególnie Paniom trudno jest pogodzić się z wydźwiękiem słowa „alkoholiczka”.

 

Wielu terapeutów uzależnień (np. W.R. Miller) odchodzi dziś od wymuszania na Klientach wyznania „jestem alkoholikiem” ( znanego wszystkim z filmów a wielu z mityngów); zapewne wspierającego przyjęcie trudnej prawdy – ale też, mimochodem - zmuszającego do przyjęcia trudnej nieprawdy, ciążącej jak cień pod tym słowem.

 

             Podsumowując; pojęcie to przykłada się do naiwnego wypierania możliwości uzależnienia w ogóle, utrudnia dostrzeżenie sygnałów alarmowych w sposobie własnego picia, ułatwia umniejszanie go, powoduje lęk i opór przed rozpoznaniem u siebie tej choroby i dodaje nadmiarową porcję wstydu osobom uzależnionym.

 

              Wstyd ten jest reakcją nie tylko na osobiste losy i przeżycia danej osoby, ale też dysproporcję w społecznym odbiorze używania alkoholu i uzależnienia. O ile to drugie wciąż jeszcze kojarzy się z piętnem, picie jest społecznie akceptowane a nawet atrakcyjne. Wielu scenom filmowym towarzyszą całkiem zbędne kieliszki, mnożymy afirmujące określenia intensywnej intoksykacji i jej powiązania z „prawdziwą męskością”. Nawet nadużywanie alkoholu jest atrakcyjne w wielu kręgach nie utożsamiających się z uzależnieniem. Patrząc z tej perspektywy, akceptacja tożsamości „alkoholika” oznaczać może nagłe wizerunkowe bankructwo.

 

              To właśnie w obszarze akceptowanego nadużywania lęgną się etykietki jowialnych „pijaków”, „smakoszy” czy „nie wylewających za kołnierz”; uszczypliwe komplementy, dobrze oddające wcześniejsze etapy uzależnienia. Problem, który tworzą to złudzenie jakiejś odmiennej jakości nadmiernego picia, która nie prowadzi do nałogu.

 

               Wybrzmiewa to klarownie w epickim pytaniu „czym różni się alkoholik od pijaka?”, co ciekawe aspirującym do poważnego dylematu, które traktuje oba opisy jako coś statycznego, rozłącznego i zdefiniowanego. Gdybym miała potraktować je poważnie, odpowiedziałabym, że jeżeli osoba nazwana „pijakiem” jeszcze nie jest uzależniona, to raczej jest to kwestią czasu. Uzależnienie nie bierze się znikąd, tylko rozwija stopniowo i trzeba na nie zapracować, odpowiednim okresem beztroskiego i być może bezproblemowego picia. Ujmując to jeszcze prościej;

 

 

 

Predyspozycje mogą wspomóc wzrost zaburzenia, ale nie są niezbędne. Od nich zależy, przedewszystkim, czy podstawimy się jako zmienną w powyższym równaniu. Jeżeli tak, rozpocznie się proces rozwoju uzależnienia. Systematycznie hodowane, przyśpieszy w okresach kryzysów, trudności czy obciążenia (przemęczenia, nieregularnego trybu życia, samotności) i sprzyjającym otoczeniu. Uzależniają się osoby ze wszystkich środowisk, o różnych temperametnach, osobowościach, wartościach i zasobach. Kluczowe są tu bezpieczna versus niebezpieczna ilość i częstotliwość spożywania alkoholu. Takie normy i rekomendacje ustaliła Światowa Organizacja Zdrowia (WHO), wyróżniając poza uzależnieniem picie o niskim ryzyku szkód, ryzykowne i szkodliwe. Poświęcę im któryś z kolejnych artykułów.

 

             Opisane stereotypy wietrzeją już i ulegają zmianom, prześwietlane wzrastającą świadomością, refleksyjnością i skłonnością do akceptacji, szczególnie w niektórych grupach społecznych oraz odwagą cywilną osób uzależnionych, wciąż jednak mają siłę grawitacji, wpływającą na osądy niektórych a obawy i wstyd innych.

 

 

Na koniec pozwolę sobie mniej poważnie poruszyć tytułowy dylemat;

- Jaka jest różnica między alkoholikiem a pijakiem?

- Mniej więcej taka, jak między Małą Syrenką a Warszawską; po pierwsze są z innej bajki (..bohaterkami w odmienny sposób natchnionej fikcji) a po drugie trudno powiedzieć.

 

 

             W kolejnym artykule przyjrzę się osobistym trudnościom osoby nadużywającej alkoholu z rozpoznaniem początków choroby, na podstawie (wciąż jeszcze) powszechnej w Polsce, teorii psychologicznych mechanizmów uzależnienia, prof. J. Mellibrudy.

 

Marta Błażewicz

psycholog,

terapeutka uzależnień

05 June 2018

 

"Zagłoba" w wykonaniu znakomitego Kazimierza Wichniarza,"Potop" 1974 r

 "Pijak, alkoholik czy może smakosz?"
Czyli o stereotypach
maskujących rozwój choroby

w Olsztyńskim

GABINECIE

online

                                       Osoby zainteresowane terapią, pojedyńczą konsultacją lub po prostu zaciekawione,

                                       zapraszam do zapoznania się z moją ofertą